Gdy skończyłem mówić, zapadała cisza. Milczenie. Brak ruchu. Wszystko wstrzymane. Nawet przyroda, jakby taka cichsza się zrobiła. Loma, która nieustannie warczała na świnie, teraz z zamkniętymi oczami trzymała swój wielki łeb na kolanach Tomka. Owczarek kaukaski znieruchomiał. Bezdech...
Ze świstem wypuściłem powietrze. Stary Swan, który przeżył niejedną licwri*, niespodziewanie wstał. Zadrżałem, gdy zaczął bić brawo. Wszyscy zaczęli bić brawo! Chłopaki spojrzeli na mnie z bardzo wymowną miną. Szczwany lis – pomyśleli zapewne. A ja w pamięci wciąż miałem mocno zakrapianą imprezę z policjantami w Lentheki. Wówczas to jeden z nich powiedział: - „Dla Swanów pamięć o zmarłych jest święta! Wznosząc toasty za tych, co odeszli, okazuje się najwyższy szacunek”. Honor i szacunek. Bo „na Kaukazie honor jest wszystkim, a człowiek bez honoru jest nikim”. Czy można sobie w ten sposób zjednać Swana? Można, ale i bez tego oni uwielbiają Polaków, i co ciekawe, wciąż pamiętają „Czterech pancernych i psa”.
Byłem tamadą, a funkcja ta jest niezwykle trudna. Tamada bowiem odpowiada za stół do samego końca. To taki nasz wodzirej, z tą dość znaczną różnicą, że nie wznosi on głupkowatych toastów typu – „siup w ten głupi dziub”, „twoje zdrowie, bo mojego szkoda”. Swanowie szanują starszych ludzi. „Jeżeli do pokoju wchodzi człowiek starszy wiekiem od obecnych, wszyscy wstają”, a tamada to postać poważna. Najczęściej jest to osoba najstarsza wiekiem, która cieszy się szacunkiem i potrafi pięknie przemawiać. Rolą tamady jest dbanie o porządek podczas biesiady. To on właśnie wyznacza moment, w którym chwyta się za kielich. To on wygłasza oratorskie przemowy. Dobry toast musi trwać – minutę, dwie, trzy, dziesięć, bywały i dłuższe.
Wzniesiony toast pozostaje głównym tematem rozmów wszystkich uczestników biesiady, i trwa to tak długo, dopóki tamada nie wniesie następnego. Pije się za wiele rzeczy: za okazję, która zgromadziła wszystkich przy stole, za przyjaźń polsko-gruzińską, za rodzinę, dom, przodków, za pamięć o zmarłych, za beznadziejną nadzieję, za ślepą i szaloną miłość, a „kiedy cudzoziemiec wypowie któryś z tradycyjnych toastów, szybko zjednuje sobie gruzińskich przyjaciół”.
Jak zostałem tamadą, skoro przy stole siedział leciwy Swan?
- Kto z Was jest najstarszy? – zadano nam pytanie. Było nas czterech. Wyruszyliśmy do Gruzji śladem Heraklesa za mitycznym złotym runem, a znaleźliśmy krainę niezwykłych ludzi, dla których gościnność, honor i szacunek to wartości najważniejsze.
- Ja – rzekłem nieśmiało.
- Będziesz tamadą – odpowiedział Swan, który jeszcze dziesięć minut wcześniej zszywał mojego sandała. Wstałem ze świadomością, że ciąży nade mną wielka odpowiedzialność. Chociaż byłem tylko cudzoziemcem i wiele można było mi wybaczyć, nie chciałem zawieść – chłopaków, siebie, tych gościnnych ludzi.
- Za tych, szto pagibli – powiedziałem wylewając na klepisko gruziński bibmer. Swanowie bili brawo, a ja właśnie zaczynałem opowieść o tym, jak weszliśmy na laile Lekheli, najwyższy szczyt gór Swaneckich. Sakartvelos gaumardżos! Niech żyje Gruzja!
Copyright © 2014 by gorskieblogi